Miller, Henry 1891–. Miller is an American novelist whose gusty, Rabelaisian prose won him notoriety in the 'thirties with such novels as Tropic of Cancer and Tropic of Capricorn. (See also Henry Miller, the Brooklyn-reared Bohemian writer whose bawdy, widely acclaimed 1934 novel, "Tropic of Cancer," was banned in the United States until 1964, died Saturday at his home in Pacific John Henry Miller John H. Miller, 65, of Polson, MT and recently Las Vegas, Nevada, passed away on March 14, 2022. He was born in April of 1956 in Dayton Ohio to Charles Miller and Betty Thorpe (to later marry Cleao Thomas).

At the young age of 18, he enlisted in the United States Marine Corps. Henry Miller. Henris Valentinas Milleris ( 1891 m. gruodžio 26 d. – 1980 m. birželio 7 d.) – JAV rašytojas ir dailininkas. Geriausiai žinomas dėl tradicinių literatūros normų laužymo bei naujos romano formos, kurioje persipina romanas, autobiografija, visuomenės kritika, filosofija, siurrealistinės asociacijos ir misticizmas. Injuries Not Thought to be Fatal at First – Received an Electric Shock. Henry Miller, aged forty-three, the head lineman in the employ of the Potomac Light and Power Company, fell from a pole last evening about 11:20 o’clock on Newark avenue near the Tenleytown road, in the Cleveland Park subdivision, and died from the injuries after suffering for nearly five hours. nonton film keluarga cemara 2 full movie lk21. Historia literatury zanurzona jest w oceanie alkoholu. Alkoholowa była literatura światowa i polska. Obie trudno wyobrazić sobie bez takich postaci, jak Henry Miller, Wieniedikt Jerofiejew, Marek Hłasko czy Jerzy Pilch, zaś ich książki bez alkoholu nie byłyby takie same, a może nawet byłyby niemożliwe. Oto druga część artykułu “Pisarze i alkohol”. Henry Miller (1891 – 1980) Henry Miller przybył do Paryża na początku lat 30. Minął okres, kiedy nad Sekwaną rozkwitał kwiat amerykańskiej bohemy z Hemingwayem, Scottem i Zeldą Fitzgeraldami oraz Gertrudą Stein na czele. Miller głodował, imał się dorywczych prac, przepijał wypłaty, naciągał napotkanych ziomków na pieniądze i pisał. Swoje paryskie przygody (również te seksualne) zawarł w kontrowersyjnym „Zwrotniku Raka”. Książka została uznana za pornograficzną i była zakazana w USA aż do 1964. Promiskuityzm często idzie w parze z alkoholem. Autor „Sexusa” szczególnie upodobał sobie Benedictine, francuski likier na bazie koniaku składający się z 27 odmian ziół. W „Plexusie”, drugiej części cyklu „Różoukrzyżowanie”, Miller opisał kilka przepisów na swoje ulubione „drinki” z wykorzystaniem benedyktynówki. Oto jeden z nich: Preludium do orgii Składniki: Benedictine, Miller, Mona, Ulric, Marjorie, francuskie lody, whisky Instrukcja: Ten prosty drink zawiera parę małżeńską, przyjaciela i przyjaciółkę. Obierz składniki z ubrań i pozwól im cieszyć się posiłkiem w negliżu. Niech francuskie lody swobodnie pławią się w benedyktynce i whisky; serwuj je natychmiast po obiedzie. To normalne, jeśli w trakcie posiłku Marjorie bawi się członkiem Ulrica. Następnie orgia. Serwuj dla czterech. Charles Bukowski (1920 – 1994) Charles Bukowski nie był Polakiem ani nie miał bliskich polskich korzeni. Urodził się w Niemczech, jego ojciec był Amerykaninem niemieckiego pochodzenia, a matka Niemką. W dzieciństwie rodzice zwracali się do niego po niemiecku. Ale Bukowski pił jak Polak albo Rosjanin. Zaczął w wieku 13 lat i nigdy nie skończył. Jakimś cudem nie umarł na skutek choroby wrzodowej, a pewien okres w jego życiu („10 lat picia”) był jednym, nieustannym ciągiem alkoholowym. W swojej twórczości opisywał to, co widział: tanie bary, hotele wynajmowane na godziny, pijatyki, mordobicia, trudy kiepsko płatnej pracy, niewykwalifikowanych robotników, pokątnych artystów i ludzi zepchniętych na margines. W przeciwieństwie do wielu innych literatów pił rzeczy najprostsze. Na wyrafinowane drinki nie było go stać. Ulubioną mieszanką Bukowskiego był Boilermaker: kufel jasnego piwa, do którego wrzucało się whisky (razem z kieliszkiem) – popularny zestaw białej amerykańskiej klasy robotniczej. Tak Bukowski pisał o piciu w „Kobietach”: Na tym polega problem z piciem. Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo. Hunter S. Thompson (1937 – 2005) Hunter Thompson wynalazł i spopularyzował styl dziennikarstwa zwany gonzo, polegający na aktywnym angażowaniu się reportera w opisywany materiał. W poetyce gonzo utrzymana jest jego najsłynniejsza powieść, „Lęk i odraza w Las Vegas”, znana dzięki ekranizacji Terry’ego Gilliama z Johnnym Deppem i Benicio del Toro (“Las Vegas Parano”). Słynny stał się passus z początkowych partii książki: Mieliśmy dwie torby trawy, 75 tabletek meskaliny, pięć znaczków LSD, pół solniczki kokainy i całą galaktykę przymulaczy i rozśmieszaczy. A także litr tequili, rumu, skrzynkę Budweisera, pół litra surowego eteru i dwa tuziny amylu. Jak widać, Thompson nie wybrzydzał specjalnie przy doborze używek. Z kolei inna jego książka, „Dzienniki rumowe”, jawi się jako wielki pean na cześć ulubionego trunku Hemingwaya. Thompson jednak najbardziej cenił sobie whisky Chivas Regal oraz bourbona Wild Turkey, podawanego na lodzie (on the rocks). Kingsley Amis (1922 – 1995) Postać Kingsley’a Amisa to doskonały przykład brytyjskiego gentlemana-buca. Konserwatysta nie z tej epoki, rasista, narcyz pełną gębą, zawodowy literat, wykładowca znamienitych uczelni, kobieciarz. Czego by nie sądzić o Amisie, to jego wkład w literaturę angielską stanowią pierwszorzędne opisy picia, upijania się i leczenia kaca. Na to ostatnie zalecał polskiego żubra (Polish bison), czyli miksturę-klina, składającą się z wódki i rosołu wołowego w proporcji 2:4, doprawioną sokiem z cytryny i czarnym pieprzem. Takie panaceum może jednak zadziałać tylko w przypadku kaca fizycznego. Wyższy typ kaca nazwał Amis kacem metafizycznym. Ten podstępny typ „syndromu dnia następnego” charakteryzuje się objawami ciężkiej depresji, smutku, niepokoju, poczucia niskiej wartości i porażki. Jeśli masz kaca metafizycznego, to jedyne, co możesz zrobić, to powiedzieć sobie, że twój obecny stan to tylko i wyłącznie kac. Może nic w tym odkrywczego, ale Amis potrafi to opisać jako coś świeżego i wyjątkowego, okraszając całość doskonałym angielskim poczuciem humoru. W książce “O piciu” (On drinking) Amis podał przepis na bardzo ciekawy drink o nazwie Lucky Jim: 12 do 15 porcji wódki, jedna porcja wermutu i dwie porcje soku z ogórków. Smacznego… Wieniedikt Jerofiejew (1938 – 1990) „Moskwa-Pietuszki” Jerofiejewa zasługuje na miano biblii literatury alkoholowej. To pozycja obowiązkowa obok utworów Amis czy “Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego, a nawet od nich ważniejsza. Biografia Jerofiejewa przebija nawet życiorys Bukowskiego. Dorastał w najgorszym okresie stalinowskiego ZSRR, przebywał w sierocińcach i w mrozach koła podbiegunowego, wykonywał rozmaite, czasem najgorsze, prace fizyczne. Pił na umór to, co było pod ręką. W „Moskwie-Pietuszkach” pojawiają się najdziwniejsze mikstury, które człowiek kiedykolwiek mógłby wymyślić. Balsam kanaański: denaturat, ciemne piwo, politura; Duch Genewy: woda kolońska, środek przeciwko poceniu się nóg, piwo żygulowskie, lakier na spirytusie; Łza komsomołki: lawenda, werbena, woda kolońska, lakier do paznokci, płyn do płukania ust, lemoniada; Psiakrew: piwo żygulowskie, szampon, płyn do zwalczania łupieżu, klej, płyn hamulcowy, środek owadobójczy, tytoń z cygar (dla bezpieczeństwa nie podaję proporcji). Możliwe, że powyższe „drinki” są efektem wyobraźni Jerofiejewa. Z drugiej strony, jeśli człowiek może zjeść wszystko, kiedy jest głodny, to pewnie może wszystko wypić, gdy jest spragniony. Wszyscy, oczywiście, uważają mnie za marnego człowieka. Sam też tak o sobie myślę rano i gdy jestem przepity. Nie można jednak polegać na opinii człowieka, który nic jeszcze nie wypił na kaca! Za to wieczorami na jakie wznoszę się szczyty! Na jakie wznoszę się szczyty wieczorami, jeżeli oczywiście w ciągu dnia dobrze się zaprawiłem. Polacy i Polki Jak słusznie zauważyła Justyna Sobolewska na łamach „Polityki”, polska literatura alkoholowa zawsze była wódczana. W rodzimych opisach wódka leje się strumieniami, próżno szukać bardziej wyrafinowanych trunków. Gusta postaci fikcyjnych nie różnią się przy tym od twórców. Pili wódkę Borowski, Andrzejewski, Broniewski, Hłasko, Wojaczek, Himilsbach, Tyrmand. Od kieliszka nie stroniła Maria Dąbrowska, ani też – acz ostrożniejsza – Szymborska. Pociągał też Miłosz, który wyznawał: Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy / I ciemną słodycz kobiecego ciała. / Jak też wódkę mrożoną… (“Wyznanie”). Marek Hłasko ponoć miał słabą głowę, ale usilnie starał się nadążać za swoim wyobrażeniem pisarza przeklętego. Piotr Wasilewski („Śladami Marka Hłaski”) przytacza anegdoty o tym, jak to Hłasko z Henrykiem Berezą wypili wspólnie litr wódki, co skończyło się dla młodszego literata izbą wytrzeźwień, z której uciekł w niemal pełnym negliżu; albo jak Hłasko, zmęczony pijaństwem, próbował przespać się na posadzce kościoła Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu i nabluzgał na księdza, który zmącił jego spokój. „Pięknych dwudziestoletnich” czyta się jak opis nieustającej balangi, zakończonej potężnym kacem moralnym. Opowiadanie „Pętla” (a później film z Gustawem Holoubkiem) pokazuje niemożność wyjścia z zaklętego koła alkoholizmu, którego przezwyciężeniem jest dopiero śmierć. O apogeum picia można oczywiście oskarżać realia Peerelu i gospodarkę permanentnych niedoborów. Byłoby to jednak zbytnie uproszczenie. Przed wojną elity piły szampana, lecz powojenna wymiana elit i znaczny niekiedy awans ludzi z warstw niższych przyniósł tradycje wyniesione spod strzechy – nie z dworu. A wódka, tradycyjna polska specjalność – zawsze była tania. Tak o Peerelu opowiadał Janusz Głowacki, naczelny kronikarz polskiego alkoholizmu: Więc się piło. Romantycznie albo tragicznie, albo antykomunistycznie, albo przez rozum. A także dla przyjemności. Dookoła bieda codzienna, chamstwo, kłamstwo, brak perspektyw. “Tylko wódka zapomnienie da” – jak śpiewał harmonista w filmie Hasa “Pętla” według opowiadania Marka Hłaski. Narzeczona zdradza – seta, nie ma na buty – sto pięćdziesiąt, cenzura zdejmuje książkę – pół litra, przyjaciel zakapuje – półtora, nasi przegrywają z Ruskimi w nogę – trzydniówka. Inaczej u Pilcha w „Pod mocnym aniołem”. Tutaj mamy już III RP, piją zdeklasowani intelektualiści, mieszający zagraniczne trunki, wciąż jednak pielęgnując tradycję „wódki z czerwoną kartką”. Peerelowskie realia „picia, żeby pić” przypomina bardziej „Bombel” Mirosława Nahacza. Za to pijackie opisy Świetlickiego z trylogii o Mistrzu wydają się autoironicznie przerysowane, nie dorównują jednak słynnemu pojedynkowi inżyniera Wilgi z przeważającymi siłami Australijczyków: (…) wszystkim było dobrze wiadomo, że Australijczycy dzierżą w Armii Renu palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o odporność na alkohol. Inżynier Wilga zasiadł za stołem, mając naprzeciw siebie pięciu drabów w fantazyjnych kapeluszach, jakie Australijczycy uważają za wojskowe nakrycie głowy, po czym wypił blisko trzy litry ginu, dopóki ostatni z Australijczyków nie zwalił się bełkocząc pod stół, względnie nie poczołgał się do toalety, co było dozwolone i przewidziane w regulaminie zawodów. Ten wyczyn zjednał Wildze ogromną popularność, a narodowi polskiemu wielką sławę i uznanie wśród alianckich sił zbrojnych. (Leopold Tyrmand, „Zły”) Powyższy fragment pokazuje, że zagranicą piło się co innego. Przykładem są ekspatrianci, pozbawieni dostępu do ojczyzny i wódki. Miłosz w USA przestawił się na whisky, szkocką uwielbiał też żyjący w Gwatemali Andrzej Bobkowski (Seagram’s i Canadian Club, jak pisał w liście do Giedroycia). Gombrowicz prawie nie pił alkoholu. Robił wyjątek dla Miłosza, z którym się przyjaźnił. Rita Gombrowicz wspominała: „Witold kochał Miłosza. Miłosz był z Gombrowiczem bardzo szczery, ale pełen respektu. Był młodszy, silniejszy, wyższy i przystojniejszy. Pił whisky, a Witold cierpiał po kilku kieliszkach, bo był słaby i chory”. * Historia literatury, tak dzieł, jak i ich twórców, opływa oceanem alkoholu. Wódka i inne trunki czasem pomagały w pozyskiwaniu weny, częściej jednak niszczyły talenty i życie artystów pióra. Dla nas, czytelników, pozostają czynnikiem dramatycznych lub zabawnych anegdot i przeżyć literackich. Nieliczne przykłady pokazują jednak, że literatura może obyć się bez alkoholu. Bułhakow i Lovecraft byli abstynentami i nie brakowało im wyobraźni ani weny twórczej. Przeczytaj pierwszą część tekstu “Pisarze i alkohol”. Książki, o których pisał autor Czytelnicy, tego artykułu oglądali także Szanowni Państwo, „Pozostało mi jeszcze coś w zapasie – pisał Gombrowicz w «Słowie wstępnym» do pierwszego tomu «Dziennika» – ale tej reszty, bardziej prywatnej – wolę nie zamieszczać. Nie chcę narażać się na kłopoty. Może kiedyś… Później”. Kłopoty? Cóż mogłoby bardziej zaszkodzić Gombrowiczowi niż jego dotychczasowe literackie prowokacje: przewartościowywanie polskości w Polaku, obnażanie intelektualnej pustki różnorakich hommes de lettres, ośmieszanie czcicieli Formy i wrogów indywidualności? Dziś wiemy już skąd brały się obawy Gombrowicza. Owe „zapasy”, pilnie strzeżone przez pisarza i skrupulatnie „uzupełniane” aż do jego śmierci, to ukazujący się właśnie na księgarskich półkach „Kronos” – raptularz, kalendarium, suchy zapis następujących po sobie faktów z życia Gombrowicza. Nie jest to w żadnej mierze literacka kreacja. Gombrowicz staje przed nami, a także przed sobą samym nagusieńki i niczym chirurg dokonuje na sobie brutalnej wiwisekcji. Poznajemy jego choroby (egzema, wrzody, syfilis, kruszące się zęby, bóle wątroby, ischias, astma), liczbę przygodnych partnerów i partnerek (1956. „Erotyka: wybitne uspokojenie, 11”), stan finansów („mam ok. 16 000 dolarów, o ironio!”) czy wreszcie ocenę jego pisarskiej kariery („Dalszy wzrost prestiżu na terenie polskim i niemieckim”). Wreszcie widzimy jego starzenie się i zmaganie z własnym ciałem. Czym dla samego Gombrowicza był „Kronos”, a więc 68 zapisanych nie zawsze czytelnym pismem kartek formatu A4, dowiadujemy się już z „Dziennika”. W zapiskach z 1963 r. notował: „[…] jedna z moich walizek w kajucie zawierała pewną teczkę, ta zaś teczka zawierała szereg pożółkłych arkuszy z chronologią, miesiąc po miesiącu, zdarzeń moich […]. Co robić, pytam, z tą litanią wyszczególnień?”. Odpowiedzi udzielał Gombrowicz parę zdań dalej. „Kronos” miał być wysiłkiem uchwycenia przeszłości, próbą przekonania się, że jego życie nie jest tylko „bełkotem chaosu”. Tyle sam Gombrowicz. Czym jednak te zapiski są dla nas dzisiaj, po niemal 44 latach od śmierci autora? Jakiego pisarza i jakiego człowieka nam ukazują? Czy pozwalają odczytać na nowo twórczość Gombrowicza? Jerzy Jarzębski, szef zespołu redagującego „Kronosa”, w rozmowie z Adamem Puchejdą podkreśla, że kalendarium Gombrowicza to dokument, w którym rozpoznajemy go jako wiecznego debiutanta. „Z «Kronosu» możemy się dowiedzieć, co to znaczy zaczynać od początku w samym środku życia”. Jest to również, zgodnie z samymi słowami pisarza, próba udowodnienia, że „jakaś Ręka kształtuje moje życie”. Paweł Majewski zwraca z kolei uwagę na fakt, że owa „brudnopiśmienna buchalteria” jest kolejnym majstersztykiem w procesie samoobnażania się Gombrowicza i dowodem na to, że u źródeł jego literatury leży przejmujące poczucie własnej cielesności. „[…] Gombrowicz – pisze Majewski – dał nam zza grobu cenne narzędzie. W tych niezbornych, niezdarnych wręcz notatkach pokazał nam swoje życie tak blisko, że bliżej już chyba nie można”. Z nieco innej perspektywy pisze Łukasz Tischner. Autor przestrzega nas przed pochopnym czytaniem „Kronosu” jako jedynego klucza do Gombrowicza. „Zresztą spuścizny literackiej i «Kronosu» – zauważa – nie da się czytać osobno, bo wgląd w otchłań depresji, ale i w ogród oczarowań daje tylko kreacja artystyczna”. Chociaż „Kronos” odsłania nam pisarza w zupełnie nowy sposób, niczym na „zdjęciach rentgenowskich”, dla Tischnera Gombrowicz pozostaje przede wszystkim autorem metafizycznym. Jacek Wakar wreszcie wskazuje na elementy autokreacji w „Kronosie”. „Na pierwszy rzut oka wydaje się – pisze Wakar – że nie ma prawdziwszej książki o tym człowieku. Z drugiej strony nie sądzę, by nawet ten dziennik był całkowicie wolny od autokreacji. Dostrzegamy w nim elementy budowania siebie, tworzone niejako w opozycji do tego, co mogliśmy znaleźć w «Dzienniku»”. Zapraszamy do lektury! A ponadto, we wtorek 21 maja o godzinie w siedzibie „Kultury Liberalnej” przy ulicy Chmielnej 15/9 debata poświęcona Witoldowi Gombrowiczowi, pt. „Gombrowicz 2013: Polskość w słabym ciele”. Relacja z debaty także już wkrótce na łamach „Kultury Liberalnej”! Redakcja Do góry 1. JERZY JARZĘBSKI: Nie byle jaka buchalteria 2. PAWEŁ MAJEWSKI: Samo życie (czymkolwiek to jest) 3. ŁUKASZ TISCHNER: Mistyka i ruina życia 4. JACEK WAKAR: Więcej niż podglądactwo Jerzy Jarzębski Nie byle jaka buchalteria Z Jerzym Jarzębskim o „Kronosie” Witolda Gombrowicza rozmawia Adam Puchejda Czytaj CAŁOŚĆ TU Adam Puchejda: Jaki jest „Kronos” Gombrowicza? Prywatny, intymny, wzniosły, banalny? Jerzy Jarzębski: Ambiwalentny. On jest i nie jest prywatny, jest i nie jest osobisty czy intymny. To przede wszystkim zapis faktów, które jako takie nie są prywatne. Proza życia. Spotkałem się z tym a tym, wypiłem kawę z innym, dostałem umowy z wydawnictwa itd. Oczywiście są w „Kronosie” także fragmenty osobiste, dotyczące związków erotycznych, emocjonalnych, ale w gruncie rzeczy Gombrowiczowi zależy na zachowaniu maksymalnej obiektywności. To zapis, który Gombrowicz sporządza dla siebie po to, by go ciągle czytać i czytać, i próbować w ten sposób pojąć sens własnego życia. Tego rodzaju tekst musi być przynajmniej próbą dotarcia do jakiejś obiektywnej, faktycznej prawdy. A nabiera osobistego zabarwienia dopiero w momencie, gdy się go zaczyna interpretować – co czyni też Gombrowicz. Jak jednak z gąszczu nazwisk, dat i wydarzeń, takiej życiowej buchalterii, wydobyć jakiś ogólny sens? Gombrowicz był metafizykiem, w różnych zdarzeniach życia szukał wzoru swojej egzystencji. Gdy płynie z Argentyny do Europy – czytamy w „Dzienniku” – to wypatruje, czy przypadkiem nie pojawi się jego statek, „Chrobry”, płynący 24 lata wcześniej do Argentyny. Oczywiście, statek-zjawa, duch, bo nawet do końca nie wiadomo, czy on go „rzeczywiście” dostrzega, czy tylko tego pragnie, ale ma przekonanie, że tu powinien zamknąć się jakiś cykl, że tu powinno się coś zdarzyć, co będzie przypieczętowaniem jego losu argentyńskiego. Niekiedy – już w „Kronosie” – bawi się też liczbami i to jest bardzo śmieszne, bo Gombrowicz nie potrafi dodać dwóch do dwóch. Gdziekolwiek pojawiają się wyliczenia, to znajdujemy w nich jakieś horrendalne błędy, choć on na tych błędnych wyliczeniach opiera jakieś swoje wnioski. Ważne są dla niego także daty, np. 15 i 22 lutego, kiedy zachorował na grypę i został przyjęty do kliniki Hygiea w Berlinie Zachodnim. To było dla niego początkiem „Bersee” – jak nazwał osobistą katastrofę, której kolejne rocznice obchodził. Bersee to dla Gombrowicza „Morze Berlińskie”, morze, które go pochłonęło, bo już nigdy nie wrócił do pełni sił. Czy „Kronos” możemy jednak traktować jako swego rodzaju klucz do samego Gombrowicza, do jego życia i twórczości? Czytaj CAŁOŚĆ TU * Jerzy Jarzębski, ur. 1947 w Bytomiu, od 1949 mieszka w Krakowie. Profesor na Wydziale Polonistyki UJ i w Instytucie Filologicznym Państwowej Wyższej Szkoły Europejskiej w Przemyślu. Autor wielu książek o prozie XX wieku, a szczególnie o twórczości Gombrowicza, Schulza i Lema, edytor zbiorowych wydań ich twórczości. ** Adam Puchejda, historyk idei, polonista, studiował na uniwersytetach w Krakowie i w Warszawie oraz w École des hautes études en sciences sociales (EHESS) w Paryżu; ostatnio pracował także w paryskiej Sciences Po. Redaktor miesięcznika „Znak”. Do góry *** Paweł Majewski Samo życie (czymkolwiek to jest) Zacznijmy od dwóch cytatów, oby nie za długich. Ostatni zapis w dzienniku Gombrowicza z 1962 roku (tym „prawdziwym”, a może właśnie „fałszywym” – któż to wie; a może ta opozycja traci sens w przypadku „Dziennika” i „Kronosu”; w każdym razie, chodzi o jedyny „Dziennik”, jaki znaliśmy dotychczas) poświęcony jest Borgesowi, pisarzowi, który – możemy to już dziś stwierdzić ze sporą dozą pewności – przetrwał próbę czasu i zmianę klimatu epoki znacznie gorzej niż nasz buntownik. Gombrowicz pisze o Borgesie kąśliwie, jak o każdym swoim bliźnim, i podsumowuje go tak, jakby patrzył na niego teraz, nie wtedy: „Jest to literatura dla literatów, jakby specjalnie pisana dla członków jury, jest to kandydat [do Nobla] akurat jak trzeba, abstrakt, scholastyk, metafizyk, dość nieoryginalny, żeby znaleźć drogę już utorowaną, dość oryginalny w tej swojej nieoryginalności, żeby stać się nowym i nawet twórczym wariantem czegoś znanego i uznanego. I kuchmistrz prima! Kuchnia dla smakoszów. Nie mam też najmniejszej wątpliwości, że odczyty Borgesa « o istocie metafory» i inne, tegoż autoramentu, będą należycie fetowane [w Europie]. Gdyż to też będzie akurat, jak trzeba: zimne ognie sztuczne, fajerwerki inteligencji inteligentnie wyinteligentnionej, piruety myśli retorycznej i martwej, która nie jest zdolna podjąć żadnej idei żywotnej, myśli zupełnie zresztą nie zainteresowanej myśleniem «prawdziwym», świadomie fikcyjnej, układającej sobie na boczku swoje arabeski, glossy, egzegezy, konsekwentnie ornamentacyjnej. Ba, ale métier! Literacko bezbłędne. Ale kuchmistrz! Cóż w większy entuzjazm może wprowadzić literatów czystej krwi, niż taki literat bezkrwisty, literacki, werbalny, nie widzący, nie widzący niczego poza tymi swoimi kombinacjami mózgowymi”. Z kolei Rajmund Kalicki w „Tango Gombrowicz” przytacza wypowiedzi Borgesa o Gombrowiczu: „Tego Gombrowicza widziałem tylko raz. Wydał mi się czymś w rodzaju histriona. Żył bardzo skromnie, zmuszony był z trzema innymi osobami dzielić – gdzieś na górce – pokój i wraz z nimi dbać tam o porządek. Gombrowicz przekonał ich, że jest hrabią, a użył następującego argumentu: «My, hrabiowie, jesteśmy bardzo niechlujni». Tym podstępem sprawił, że inni sprzątali za niego. W rzeczywistości nie był hrabią i dziwi mnie, że niektórzy ludzie mają taką słabość do szlacheckich tytułów. Słowo conde, wywodzące się od łacińskiego comes, znaczy tyle co «wódz cygański», zaś duque – od łacińskiego dux, to po prostu «dowódca wojskowy». To tak, jakby za kilka stuleci ludzie zaczęli używać jako tytułów szlacheckich słów «kapral», «sierżant» lub «podporucznik». […] Kiedy przyjechałem do Paryża, dziennikarze zapytali mnie, czy znałem Gombrowicza, a ja odparłem: muszę przyznać się do niewiedzy, nie czytałem go. Zacząłem «Ferdydurke», ale po dziesięciu minutach lektury poczułem chęć sięgnięcia po inną książkę”. To wypowiedź z 1976 roku, a dwa lata później w wywiadzie dla „Le Monde”: „Kiedyśmy się spotykali, rozmawialiśmy o sprawach ogólnych: o metaforze, powieści, poezji, rymach… Mówił dość lichą hiszpańszczyzną. Co się z nim stało?”. O ile więc Gombrowicz z miejsca przejrzał sterylną inteligencję Borgesa (nie odmawiając mu skądinąd wielkości), o tyle Borges nie zrozumiał z Gombrowicza chyba nic, zobaczył tylko snoba mówiącego po hiszpańsku z niewłaściwym akcentem albo używającego niewłaściwych przydawek i uciekł przed nim w etymologię, w swoją bezpieczną erudycję. Prawdopodobieństwo odnalezienia w spuściźnie Borgesa czegokolwiek, co przypominałoby „Kronosu”, jest bliskie zeru. Albo jeszcze złośliwiej – kawiarniano-salonowe dociekania „czy Gombrowicz współżył z Ritą Labrosse” zostały wraz z publikacją „Kronosu” jednoznacznie rozstrzygnięte, natomiast analogiczne dociekania na temat Borgesa i Marii Kodamy można prowadzić nadal. Ogólnie zaś chodzi o to, że umysły przebywające w zbyt mocno zrepresjonowanych ciałach na dłuższą metę przegrywają w konkurencji twórczości artystycznej. Ich wytwory są zbyt odcieleśnione. Borges zabarykadował się przed światem w bibliotece, wśród bezwładnych zwojów cudzej pamięci, którą uznał za własną. Gombrowicz zapuścił się w uliczki Retiro, gdzie świat pulsował, kotłował się i żył. „Kronos” nie jest jednak literaturą i nie jest wskazane czytać go tak, jak się czyta dzieła literackie. „Kronos” to kontrast i dopełnienie. Czytać ten tekst, o ile jest to „tekst” i o ile można go „czytać”, to tak, jak gdyby nagle zobaczyć kogoś, kogo od zawsze widzieliśmy w precyzyjnie dobranych kreacjach – w poszarpanej brudnej bieliźnie. I może właśnie o to chodziło autorowi, może to było ostatnie zagranie tego pisarza, który pisał o sobie tak, żeby ukrywać, odsłaniając i odsłaniać, ukrywając. Znaliśmy go przez lata jako paradoksalnego striptizera, rozbierającego się przed nami do naga poprzez nakładanie kolejnych warstw ubioru. A teraz, prawie pół wieku po śmierci, dopełnił własny obraz, przestawiając jego tło – banalne, chaotyczne zdarzenia, uliczne podrywy i swędzącą egzemę, wszystko ujęte w żałosnej, na półbrudnopiśmiennej buchalterii. Gdyby pisał to tylko dla siebie, dla odświeżenia własnej pamięci, dla uporządkowania tych myśli, których nie widzi nikt poza samym myślącym, nakazałby żonie zniszczyć manuskrypt. Ale było odwrotnie – chciał, żeby właśnie „Kronosu” przede wszystkim ratowała z pożaru. A zatem to miało przetrwać. Czyli kontrast. Ale również dopełnienie absolutne, decydujące o unikatowej pozycji Gombrowicza w gronie alchemików słowa. Obalić własny pomnik, który stawiało się wytrwale przez pół życia, i w ten sposób znieść zakusy odbrązowników i udaremnić podchody demaskatorów. Jak gdyby przewidziało się klimat tej epoki, w której niczego nie można ukryć, a wszyscy mówią do wszystkich o wszystkim – tylko nikt już nie słucha. Powiedzieć więc, ot tak, w tej przyszłości, mamrocząc do samego siebie, że pisało się o imponderabiliach, ale drugą ręką drapało się wrzody, że czytało się Hegla w kawiarni, ale popatrywało się znad niego na tyłki chłopaków przechodzących ulicą. Powiedzieć jasno, a w każdym razie samodzielnie, to, co innym wynajdywali biografowie o „voyeurystycznym” zacięciu. W dwudziestym wieku w takich grach najlepsi byli Francuzi, ale żaden z nich nie dokonał tego gestu z tak radykalną dezynwolturą. Gombrowicz odrobił ich lekcję znacznie bardziej brawurowo niż oni sami. Zapis w „Kronosie”, niemający nic wspólnego z literaturą, ma wiele wspólnego z zapisami kursującymi w kulturze Skrótowe, oderwane, wysoko kontekstowe notatki, zrozumiałe tylko dla autora i tych, którzy byli z nim „tam i wtedy” (chapeau bas dla Redaktorów, którzy rozszyfrowali setki takich malutkich enigm) – czy to nie przypomina tweetów, esemesów albo tych na pół artykułowanych mruknięć, którymi porozumiewają się często dzisiejsze nastolatki? Te zapiski to życie obdarte z literatury. Jeśli zaś życie pisarza jest narzędziem lektury jego tekstów – a po dekadach dyktatu struktury i konstruktu powracamy do tego założenia, mniej naiwnego, niż się wydawało naszym poprzednikom uciekającym od Realnego pod wodzą między innymi Borgesa – Gombrowicz dał nam zza grobu cenne narzędzie. W tych niezbornych, niezdarnych wręcz notatkach pokazał nam swoje życie tak blisko, że bliżej już chyba nie można. I jak aksamitna skóra młodego czango oglądana pod szkłem powiększającym stałaby się odrażająca, tak i posągowa egzystencja z „Dziennika” widziana poprzez zapisy „Kronosu” staje się tak samo niewydarzona jak życie każdego człowieka niepoddanego presji kreacji. „Jestem człowiekiem, cierpiałem, byłem tam…” – to Walt Whitman, w przelotnym porywie autentyczności. Przeglądając osiemset stron tomu „Gombrowicz i krytycy”, wydanego niegdyś przez Jana Błońskiego i Zdzisława Łapińskiego, widzi się, jak długo krytycy nie byli w stanie odnaleźć ani wytworzyć narzędzi umożliwiających nietrywialną lekturę jego utworów. W kontekście rewelacji „Kronosu” szczególnie cieszy supozycja pewnego znakomitego badacza, który zdecydowanie przypisuje Gombrowiczowi impotencję i w niej dopatruje się źródła napięć tworzących jego pisarstwo. Inny badacz proponuje sążnistą rozprawę o erotyce Gombrowicza, a w niej ani słowa o figurze młodego chłopaka. Z „Kronosem” poszłoby im lepiej, trafiliby bliżej. Może. Za kilka lat ambitny doktorant porówna zapiski „Kronosu” z odpowiadającymi im chronologicznie partiami „Dziennika”. Jeśli szczęśliwie oprócz ambicji będzie dysponował również zdolnością empatycznej interpretacji, może zauważy całkiem sporo nowych szczegółów interesujących nie tylko dla historyka literatury. „Kronos” to nawet nie rachunek – to szkic rachunku, który autor wystawiał sam sobie. Lecz umysł giętki i poszukujący dopatrzy się kreacji nawet w tej buchalterii zdarzeń. Bo frazy takie jak „I ta z nogami w pantoflach gumiennych” pod datą 1939 mógł napisać Boris Vian albo Henry Miller. Mniej Genet. * Paweł Majewski, adiunkt w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. *** Łukasz Tischner Mistyka i ruina życia „Niewielu z nas (…) czuło związek pomiędzy wrażliwym, ciężko zranionym dzieckiem z Małoszyc i tym sokratycznym pisarzem, który z taką odwagą przemienił własną słabość w siłę.” Konstanty A. Jeleński, „List do Czesława Miłosza z 1 sierpnia 1969”[1] Aura konspiracji i skandalu z pewnością budzi apetyt na tajny dziennik Gombrowicza, ale niestety może spłycić odbiór „Kronosu”, a w konsekwencji zubożyć recepcję fascynującej twórczości jego autora. Dokument jest bowiem głęboko rozczarowujący dla niespecjalistów i nawet kompetentne, wszechstronne przypisy nie zmieniają faktu, iż mamy do czynienia z serią niewiele mówiących, najczęściej zionących nudą zapisków, które skrupulatnie odnotowują sprawy erotyki, finansów, chorób czy własnej sławy, ale nie pozwalają wejść w głąb świadomości czy tym bardziej nieświadomości pisarza (co na przykład mówi nam fraza z grudnia 1952: „Stany nerwowe i podniecenie”[2]?). Ktoś, kto spodziewa się ujrzeć wreszcie Gombrowicza bez maski, zobaczy komplet zdjęć rentgenowskich uzupełniony o wyniki testów Wassermana. To, co uznawane jest za skandal (inwentarz kontaktów homo- i heteroseksualnych), budzi z kolei raczej współczucie niż niezdrową ciekawość – potwierdza się przypuszczenie, że Gombrowicz był człowiekiem głęboko zranionym, aż do tych ostatnich lat spędzonych z Ritą Labrosse niezdolnym do zbudowania trwalszych więzi z osobami, które go erotycznie pociągały. Przypomina się w tym miejscu jego smutne wyznanie: „Miłość została mi odebrana na zawsze i od samego zarania, ale nie wiem, czy to dlatego, że nie umiałem znaleźć na nią formy, właściwego wyrazu, czy też nie miałem jej w sobie. Nie było jej, czy ją w sobie zdusiłem? A może matka mi ją zabiła?” [3]). A więc znów rozczarowanie – jurny amator „kurwy z tryprem” (to bodaj najczęściej cytowana fraza z tajnego dziennika) okazuje się melancholijnym, z biegiem czasu coraz bardziej depresyjnym łowcą mechanicznych i chwilowych zaspokojeń libido. Po przeczytaniu „Kronosu” można bez wahania przychylić się do opinii Miłosza o Gombrowiczu: „wzniósł swój gmach na ruinie swego życia uczuciowego” [4]. Wydanie „Kronosu” nie jest jednak ani niedyskrecją, ani bałamuctwem. Gombrowicz chciał go ocalić, co w przypadku pisarza jest czytelnym sygnałem, że zamierzał pokazać go światu. Jego publikacja ma sens, bo mimo surowej, odstręczającej formy ujawnia coś, czego tak wyraźnie nie odsłaniają „Dziennik” i powieści. Przy czym nie myślę tu przede wszystkim o poufnym życiu erotycznym (nie tak znowu zaskakującym dla każdego, kto „Dziennik” przeczytał uważniej), ale o czymś mniej oczywistym, co można by nazwać zabobonnym, neurotycznym stosunkiem do czasu. Po co właściwie spisywał swe notatki? Chyba przede wszystkim po to, żeby rozpoznać stałe procesy, dążenia, jakiś ukryty kod własnej egzystencji. Zdanie wypowiedziane kiedyś w rozmowie z Dominikiem de Roux: „Jestem mistyk, gdy pochylam się nad swoim życiem” [5] mogłoby posłużyć jako motto do „Kronosu”. Interesował go konkretny, cielesny i organicznie niedojrzały Witold Gombrowicz, który nie może być „wzorcem nowoczesnego Polaka i modernizacji Polski” ani jakimkolwiek innym, bo nie wierzy w jakąkolwiek normatywność, przytłoczony jest też klęską projektu własnej egzystencji. Jego obsesyjne skupienie na sobie, które przybiera formę filozoficzną i literacką w „Dzienniku” i powieściach, zyskuje nowy wymiar w „Kronosie”. Ten nowy wymiar nie unieważnia jednak tych wcześniej już znanych, lecz osadza to, co już wiemy, w kontekście zdarzeń niewątpliwych i elementarnych. Zresztą spuścizny literackiej i „Kronosu” nie da się czytać osobno, bo wgląd w otchłań depresji, ale i w ogród oczarowań daje tylko kreacja artystyczna. Zestawienie relacji bywa pouczające, choć częściej irytuje – słynny rozdział „Dziennika” o pobycie w Mar del Plata, lekturze Simone Weil i uciszaniu burzy w noc wigilijną [6] ma taki odpowiednik w „Kronosie”: „O 1-ej nad ocean, skały lub plaża Perla, także koło Torreonu. Wiatry nieustająco szkodzą na wątrobę. Samotność, ale nerwy nieźle. Befsztyki i ryż. Poszukiwanie. Uroki Talcahuano i jej życie nocne. Mar del Plata w centrum. W wilię burza i zgasło światło” [7]. Co wnoszą do rozważań o możliwości zakochania się w Bogu te eliptyczne zdania? Niewiele, ale potwierdzają to, o czym pisze w „Dzienniku” – jego metafizyczne niepokoje pozostawały w związku z niespełnioną erotyką. Wspomniałem o przesądnym stosunku Gombrowicza do czasu, bo te ostentacyjnie prozaiczne, a czasem brutalne notatki są dowodem na to, że ich autor uparcie tropi – jak Witold w „Kosmosie” – ślady działania losu, „Ręki”, jak nazywał w rozmowach z Dominikiem de Roux jakąś nieokreśloną zewnętrzną siłę, która skrycie reżyseruje jego życie. Pisząc przez ostatnie pięć lat książkę „Gombrowicza milczenie o Bogu”, próbowałem zgłębić tajemnice jego metafizycznych niepokojów, przerażeń. Odkryłem najgłębiej skrywane oblicza pisarza – rozczarowanego sentymentalistę, uciekającego od diabelstwa świata agnostyka, kogoś, kto lęka się zewnętrznego i własnego okrucieństwa, a kto ostatecznie znajduje ratunek we współczuciu. Publikacja tajnego dziennika pokazuje, że dostrzegłem coś bardzo prawdziwego. Czytelników „Kronosu” zachęcam, by nie tracili z oczu Gombrowicza-metafizyka, który nigdy nie przestał zdumiewać się tajemniczością świata i własnej egzystencji. W roku 1958 notował: „Ach, znaleźć swoje granice! Ograniczyć się! Mieć Boga ograniczonego! Gorzko mi się to pisze… bo nie wierzę, aby kiedykolwiek dokonał się we mnie ten skok w ograniczenie. Kosmos nadal będzie mnie pochłaniał”[8]. Tajny dziennik potwierdza, że to proroctwo się spełniło. Kosmos, zwłaszcza w swej niepochwytnej dynamice stawania, do końca go fascynował i pożerał. Przypisy: [1] Cz. Miłosz, K. A. Jeleński, „Korespondencja”, red. B. Toruńczyk, Warszawa 2011, s. 104–105. [2] W. Gombrowicz, „Kronos”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, s. 148. [3] W. Gombrowicz, „Dziennik 1967–1969”, red. J. Błoński i J. Jarzębski, Kraków 1992, s. 23. [4] Zdanie to wypowiedział w prywatnej rozmowie z Agnieszką Stawiarską (por. A. Stawiarska, „Gombrowicz w przedwojennej Polsce”, Kraków 2001, s. 78). [5] W. Gombrowicz, „Dziennik 1967–1969”, wyd. cyt., s. 30. [6] Por. W. Gombrowicz, „Dziennik 1953–56”, Kraków 1986, s. 269–282. [7] W. Gombrowicz, „Kronos”, wyd. cyt., s. 189–190. [8] W. Gombrowicz, „Dziennik 1957–61”, Kraków 1986, s. 95. * Łukasz Tischner (ur. 1968), historyk literatury, publicysta, adiunkt na Wydziale Polonistyki UJ. W połowie czerwca br. wyda nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego monografię „Gombrowicza milczenie o Bogu”. Do góry *** Jacek Wakar Więcej niż podglądactwo Wbrew zapowiedziom wydawców „Kronos” nie jest „największą sensacją literacką stulecia”. To nie jest skandal ani wieku, ani półwiecza, ani nawet dekady. Otwierając ten intymny dziennik, nie dostajemy się nagle do mitycznej, ciemnej i zakazanej natury Witolda Gombrowicza, ale raczej doświadczamy jego osobistego, dojmującego bólu. „Kronos” nie jest dziełem literackim, nie jest nawet książką o życiu pisarza – jest jego życiem, buchalteryjnym zapisem losu. Nie wiem, czy brak tej pozycji na księgarskich półkach zubożyłby nas znacząco. Dzieła Gombrowicza wciąż można czytać bez jej pomocy, ale „Kronos” ma swoją wartość, ponieważ umożliwia nam spotkanie z zupełnie inną stroną osobowości autora. Nie dorównuje „Dziennikowi” – to oczywiste, ale i nie takie było założenie tej książki. To bilans, który mężczyzna, pisarz, artysta, człowiek sporządza sobie po każdym roku życia. Zapiski z założenia nie mają charakteru literackiego, są suche i bezlitosne. Gombrowicz postanowił w jakiś sposób zapisać swoją ułomność, małość – dać jakiś obraz siebie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma prawdziwszej książki o tym człowieku. Z drugiej strony, nie sądzę, by nawet ten dziennik był całkowicie wolny od autokreacji. Dostrzegamy w nim elementy budowania siebie, tworzone niejako w opozycji do tego, co mogliśmy znaleźć w „Dzienniku”. Nie wiemy, jak bardzo opisy wszelkich słabości, które znajdujemy w „Kronosie”, są podkoloryzowane. Rita Gombrowicz opowiada przecież, że życie z Gombrowiczem było fajniejsze, piękniejsze i zabawniejsze, niż mogłoby się zdawać po lekturze „Kronosu”. Gombrowicz był człowiekiem dwoistej natury, a właśnie opublikowany intymny dziennik jest tej dwoistości kolejnym dowodem. To, co w literaturze Gombrowicza było bardzo precyzyjne – przede wszystkim w dramatach, stanowiących zwycięstwo piekielnej precyzji i jasno określonej konstrukcji, przy jednoczesnym szaleństwie zamieszczonych tam myśli – tu zostaje ujęte w strukturę dwóch stroniczek na rok, zwieńczonych podsumowaniem każdych kolejnych dwunastu miesięcy pod względem literackim, finansowym, erotycznym i zdrowotnym. Nie powinniśmy jednak czytać tej książki wyłącznie po to, by analizować życie seksualne Gombrowicza, sprawdzać z kim, kiedy, dlaczego i jak było – czym niektórzy odbiorcy niezwykle się ekscytowali. To byłoby zwykłe podglądactwo, a na nie szkoda zarówno naszego czasu, jak i ogromnej pracy redakcyjnej włożonej w przygotowanie tomu do publikacji. Wysiłek poświęcony na rozszyfrowanie zapisków oraz obszerne przypisy powodują, że mimo zdawkowej formy wpisów całość czyta się bardzo sprawnie. Ci, którzy w Gombrowiczu odnajdują wyjątkową przyjemność i inspirację, będą mogli teraz na nowo przeczytać choćby „Dziennik”, do którego jest najwięcej odwołań. Niektóre z nich – w „Kronosie” zaznaczone często jednym słowem – w „Dzienniku” zyskują formę zapisu: czy to de facto fabularnego, czy w formie paraeseju. Nici, jakie można pleść między „Kronosem” a innymi pismami Gombrowicza, jest zresztą znacznie więcej. Jedna z nich dotyczy jego fascynacji cielesnością, którą teraz możemy analizować w kontekście tego, w jaki sposób sam pisarz postrzegał własne ciało, obcując z jego degradacją, gdy przez kilkanaście lat notował kolejne stadia rozkładu, oczekując na śmierć. Ten niezwykły rozdźwięk pomiędzy opowieścią o ciele na stronach choćby „Pornografii”, a obrazowaniem, opisywaniem, wadzeniem się, pogodzeniem lub niepogodzeniem z własną cielesnością na kartach „Kronosu” jest tylko jednym z wielu tematów wartych poważnego opracowania w przyszłości. Paweł Majewski w swoim artykule przewiduje, że „za kilka lat ambitny doktorant porówna zapiski «Kronosu» z odpowiadającymi im chronologicznie partiami «Dziennika»”. Jeśli poza naukowym warsztatem, pisze Majewski, ów doktorant będzie miał w sobie trochę ludzkiej empatii, dostrzeże fakty „interesujące nie tylko dla historyka literatury”. Gorąco kibicuję temu przyszłemu doktorantowi i już czekam na efekt jego pracy. * Jacek Wakar, szef redakcji Publicystyki Kulturalnej w Drugim Programie Polskiego Radia. Do góry *** * Autor koncepcji numeru: Redakcja. ** Autor ilustracji: (1-3) Antek Sieczkowski, (4-5) Materiały prasowe. „Kultura Liberalna” nr 228 (21/2013) z 21 maja 2013 r. Skoro tu jesteś... ...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności. Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców! tutaj możesz dołączyć do grona naszych comiesięcznych Darczyńców tutaj możesz wesprzeć nas na U Polaków lubię jedno - ich język. Kiedy inteligentni ludzie mówią po polsku, wpadam w ekstazę. Jego brzmienie wywołuje we mnie dziwne obrazy, w których tle zawsze jest murawa z pięknej kolczastej trawy i buszujące w niej szerszenie i węże. Pamiętam, jak dawno temu Stanley brał mnie w odwiedziny do swoich krewnych; zmuszał mnie do zabierania ze sobą zwoju nut, ponieważ chciał pochwalić się mną przed bogatymi krewniakami. Pamiętam tę atmosferę doskonale, ponieważ w towarzystwie owych nadmiernie uprzejmych, złotoustych, pretensjonalnych i do głębi fałszywych Polaków zawsze czułem się fatalnie nieswojo. Ale kiedy rozmawiali ze sobą, czasami po francusku, czasami po polsku, rozsiadałem się wygodnie i obserwowałem ich zafascynowany. Robili dziwne polskie miny, zupełnie niepodobne do tych, jakie pojawiają się na twarzach naszych krewnych, będących w gruncie rzeczy głupimi barbarzyńcami. Owi Polacy przypominali stojące pionowo węże z kołnierzykami z szerszeni. Nigdy nie rozumiałem, o czym mówią, ale odnosiłem wrażenie, jakby mordowali kogoś w elegancki sposób. Wszyscy zaopatrzeni byli w szable i miecze; trzymali je w zębach lub wymachiwali wściekle podczas piorunującego natarcia. Nigdy nie zbaczali z drogi, nie oszczędzali kobiet i dzieci, nadziewając je na długie piki przybrane w czerwonokrwiste proporce. Wszystko to odbywało się oczywiście w salonie nad filiżanką mocnej herbaty; mężczyźni mieli na rękach rękawiczki w kolorze masła, kobietom zwisały z szyj te głupie lorniony. Kobiety były zawsze oszałamiająco piękne, w typie jasnowłosych hurysek, sprokurowanych przed wiekami podczas wypraw krzyżowych. Długie wielobarwne słowa wypływały z sykiem spomiędzy ich małych zmysłowych ust o wargach miękkich jak kwiaty pelargonii. Owe wściekłe rycerskie wypady ze żmijami i płatkami róży składały się na upajającą muzykę, przypominającą rzępolenie na cytrze o stalowych strunach, rejestrującą również dość niezwykłe dźwięki, takie jak łkanie i odgłos spadających strumieni wody. Home Książki Cytaty Henry Miller Dodał/a: szeoszonk Popularne tagi cytatów Inne cytaty z tagiem miłość - Nadal mnie pragniesz – stwierdził – i nadal kochasz. Nie przyznasz się do tego, ale ja to wiem. Nie bądź tchórzem Crevan! Nie bój się przyznać, że się pomyliłaś! Że nie wiesz, dlaczego Kenji chce cię tak usidlić! Zakładając ci na palec pierścionek czy obrączkę, nie wymaże z twojego serca tego, co do mnie czujesz! - Nadal mnie pragniesz – stwierdził – i nadal kochasz. Nie przyznasz się do tego, ale ja to wiem. Nie bądź tchórzem Crevan! Nie bój się przy... Rozwiń Anna Crevan Sznajder - Zobacz więcej - Wyjdź stąd! Ale już! Ty draniu! Nienawidzę cię! - Nie! Ty po prostu nie potrafisz mnie nie kochać! Kuso! Znów miał rację! Ale byłam wkurzona. - Wynoś się! Ale już! Spojrzał na mnie tak, że zadrżałam, potem wyszedł. - Wyjdź stąd! Ale już! Ty draniu! Nienawidzę cię! - Nie! Ty po prostu nie potrafisz mnie nie kochać! Kuso! Znów miał rację! Ale byłam wkurzo... Rozwiń Anna Crevan Sznajder - Zobacz więcej zamiast krzyczeć i błagać o pomoc, nieruchomieje, bo nagle dociera do mnie, że ten, kto te drzwi otworzył, nie przyszedł mi pomóc”. zamiast krzyczeć i błagać o pomoc, nieruchomieje, bo nagle dociera do mnie, że ten, kto te drzwi otworzył, nie przyszedł mi pomóc”. A. November - Zobacz więcej Inne cytaty z tagiem ludzie W życiu trafisz nieraz na ludzi, którzy mówią zawsze odpowiednie słowa w odpowiedniej chwili. Ale w ostatecznym rozrachunku musisz ich sądzić po czynach. Liczą się czyny, nie słowa. W życiu trafisz nieraz na ludzi, którzy mówią zawsze odpowiednie słowa w odpowiedniej chwili. Ale w ostatecznym rozrachunku musisz ich sądzi... Rozwiń Nicholas Sparks - Zobacz więcej Pamięć ludzka przypomina piasek pustyni - myślał Nikołaj Iwanowicz. - Liczby, daty i nazwiska drugorzędnych działaczy państwowych pozostają w niej nie dłużej niż napis zrobiony patykiem na wydmie. Piach zasypuje go bez śladu. Pamięć ludzka przypomina piasek pustyni - myślał Nikołaj Iwanowicz. - Liczby, daty i nazwiska drugorzędnych działaczy państwowych pozostają ... Rozwiń Dmitry Glukhovsky - Zobacz więcej Inne cytaty z tagiem pieniądze Dostatecznie wcześnie pojął, jaką rolę w życiu grają pieniądze: to one są środkiem umożliwiającym prowadzenie takiego życia, na jakie ma się ochotę. Kto ma pieniądze, może robić co zechce - kto ich nie ma, musi robić to, czego chcą inni. Dostatecznie wcześnie pojął, jaką rolę w życiu grają pieniądze: to one są środkiem umożliwiającym prowadzenie takiego życia, na jakie ma się... Rozwiń Andreas Eschbach - Zobacz więcej Bez wątpienia jednak na świecie żyje znacznie mniej mężczyzn posiadających fortunę niż pięknych kobiet, które na nich zasługują. Bez wątpienia jednak na świecie żyje znacznie mniej mężczyzn posiadających fortunę niż pięknych kobiet, które na nich zasługują. Jane Austen - Zobacz więcej Jeśli sądzicie, że trudno rozmawiać o pieniądzach, kiedy jesteście w sobie zakochani, spróbujcie porozmawiać o nich później, kiedy będziecie niepocieszeni i rozgniewani, a wasza miłość zdąży wygasnąć. Jeśli sądzicie, że trudno rozmawiać o pieniądzach, kiedy jesteście w sobie zakochani, spróbujcie porozmawiać o nich później, kiedy będziecie... Rozwiń Elizabeth Gilbert - Zobacz więcej Widok: Lista Galeria Wszystkie 27 Prywatne 27 Ogłoszenia - - henry miller Muzyka i Edukacja 27 Muzyka i Edukacja 27 Pozostałe ogłoszenia Znaleziono 27 ogłoszeń Znaleziono 27 ogłoszeń Twoje ogłoszenie na górze listy? Wyróżnij! Henry James "Daisy Miller & other stories" książka Książki » Literatura 10 zł Siemianowice Śląskie 24 lip "Daisy Miller" Henry James Książki » Literatura 8 zł Tychy 23 lip Tropic of cancer/ Henry Miller Książki » Pozostałe 28 zł Krosno 23 lip Daisy Miller Henry James Książki » Literatura 1,30 zł Baniocha 23 lip James Henry „Daisy Miller” Książki » Literatura 10 zł Poznań, Jeżyce 22 lip Henry Miller - Zwrotnik Raka Książki » Literatura 25 zł Suwałki 22 lip Daisy Miller and Other Stories Henry James Wordsworth Classics Książki » Literatura 5 zł Wrocław, Psie Pole 22 lip Książka Kolos z Maroussi - Henry Miller Książki » Literatura 55 zł Kraków, Dębniki 20 lip Książka Plexus - Henry Miller Książki » Literatura 69 zł Kraków, Dębniki 20 lip Książka Klimatyzowany koszmar - Henry Miller Książki » Literatura 69,90 zł Kraków, Dębniki 20 lip Henry Miller Sexus Różoukrzyżowanie tom I Książki » Literatura 35 zł Radom 20 lip Henry Miller - Różoukrzyżowanie. Plexus Książki » Literatura 35 zł Warszawa, Wilanów 18 lip Henry Miller, “The Colossus of Maroussi” - j. angielski Książki » Literatura 70 zł Warszawa, Białołęka 18 lip Henry Miller Zwrotnik raka Książki » Literatura 10 zł Rzeszów 15 lip Henry James Daisy Miller Opowiadania Książki » Literatura 6 zł Sulęcin 15 lip Tropic of Capricorn Henry Miller Książki » Książki naukowe 30 zł Konin 14 lip Henry James Daisy Miller Książki » Literatura 2 zł Goleniów 12 lip Korespondencja 45 lat przyjaźni Blaise Cendrars, Henry Miller Książki » Literatura 10 zł Warszawa, Żoliborz 9 lip Henry Miller - Nexus Książki » Literatura 45 zł Łódź, Górna 8 lip Blaise Cendrars - Henry Miller - Korespondencja Książki » Poradniki i albumy 30 zł Toruń 7 lip Henry James Daisy Miller Książki » Literatura 3 zł Poznań, Stare Miasto 5 lip Daisy Miller; Henry James Książki » Literatura 2 zł Pabianice 5 lip Henry Miller - Noce miłości i śmiechu / pierwsze wydanie 1988 Książki » Literatura 20 zł Do negocjacji Warszawa, Mokotów 4 lip Zwrotnik raka, Henry Miller Książki » Literatura 10 zł Wrocław, Śródmieście 2 lip Henry Miller Różoukrzyżowanie trylogia, komplet !!! Książki » Literatura 139 zł Warszawa, Praga-Północ 1 lip Książka Henry James Daisy Miller i inne opowiadania Książki » Literatura 7 zł Legionowo 1 lip Pamiętać by pamiętać - Henry Miller Książki » Literatura 20 zł Warszawa, Praga-Południe 30 cze Czy chcesz zapisać aktualne kryteria wyszukiwania? Zapisz wyszukiwanie Zobacz zapisane

henry miller o polakach